czwartek, 30 października 2014

kocham bliźniego więc gotuję dla niego :)

Odkryłam, że kocham piec i gotować dla innych! kocham kocham kochaaaaaaaaam !!!! Szczególnie dla bliskich. Lubie patrzeć kiedy ktoś kosztuje pierwszy kęs i nagle.....oczy otwierają się szerzej, zaczyna się bełkot z pełną jedzenia buzią typu "mmmm....ale.....mmmm....blblb....hmmnoommm...." gestykulacja, próba przełknięcia i w końcu wypowiedziane " no rewelacja!" lub inne tego typu przemiłe słowa:) Napawam się tą chwilą. Oj, ale się napawam. Napawania się co niemiara. Bynajmniej nie dlatego, że słyszę tyle miłych przymiotników, choć to też daje radość, ale przede wszystkim dlatego, że właśnie uszczęśliwiłam kogoś w tak prosty sposób. Po prostu tym, co lubię robić:) Nie wzięłabym nigdy udziału w żadnym programie o gotowaniu, żeby potem wydawać książki z przepisami. Nie otworzę stołówki, ani baru mlecznego, ani prawdopodobnie restauracji, ale chcę mieć dom, w którym będę mogła piec i gotować dla każdego, kto zechce nas odwiedzić. Mój mąż twierdzi, że jestem uzależniona od bycia w kuchni i pichcenia. Ostatnio stwierdziłam to nawet ja sama. Gdyby ktoś kiedyś mi powiedział, że za parę lat będę "kurą domową", czyli babką, która zostanie w domu z dziećmi i będzie przesiadywała w kuchni dla relaksu to, w najlepszym przypadku powiedziałabym, że "chyba ma samolot w głowie". W życiu bym się na to nie zgodziła. Hmmm....Jak to się wszystko zmienia w zależności od punktu siedzenia. Teraz nie wyobrażam sobie innego życia. Bycie z dziećmi w domu jest tym, co lubię. Przesiadywanie w kuchni - coś dla mnie. Owszem bywa ciężko. Bywa, że chcę wiać. Bywa. Cóż, życie. Ale ogólnie lubię tę robotę:) Chyba mam taki dar. Opiekowanie się żołądkami innych. Niestety nie ma nic o takim darze w biblii, ehh;) no może dałoby się to podciągnąć pod "kochaj bliźniego". Ja kocham gotując i piekąc (między innymi) :) To mój język miłości (więcej o takowych językach jeszcze naskrobię). Wracając jednak do pierwotnej myśli, to jeśli chcielibyście zjeść pyszną szarlotkę z bitą śmietaną, sernik z brzoskwiniami, risotto lub kaczkę w pomarańczach to.....zapraszam :)

Kami
szarlotka niebo w gębie:)

środa, 15 października 2014

cenne

Siedzę sobie na wygodnej kanapie. Obok mnie stoi kubek z ciepłą herbatą owocową o aromacie wiśni i banana. Ale pachnie....mmmm....W zasadzie to termokubek, który dostałam w prezencie i  kiedy z nim się gdzieś udaję to wszyscy się zastanawiają dlaczego chodzę z obiektywem, ponieważ kubek do złudzenia przypomina właśnie obiektyw:)ale do rzeczy...nogi wygodnie wyciągnięte, opatulona w grubą bluzę Filipa. Lubię czasem zakładac jego rzeczy, bo to trochę tak jakby był blisko. Dziwne, ale przecież każdy ma swoje dziwactwa:) ale do rzeczy....siedzę i rozkoszuję się tą chwilą. Nie mam okazji często tak właśnie odpocząc. Posłuchac swoich myśli, nigdzie się nie spieszyc. Przy dzieciach, jest się szczęściarzem jeśli można iśc na spokojnie opróżnic pęcherz, samemu, a nie z całą brygadą, pilnując, żeby dzieci nie wspinały się po sedesie. No ale....siedzę i slyszę swój oddech, a nie pamiętam kiedy mogłam sprawdzic, czy mam jeszcze taką funkcję. W każdym bądź razie jest błogo...... I jestem wdzięczna. A z każdym łykiem herbaty, który rozgrzewa mnie od wewnątrz jestem wdzięczna jeszcze bardziej. Bo wiem, że nikt nie wpadnie teraz do mojego domu i nie pozarzyna mi rodziny, nie zgwałci mnie, nie poodcina głów moim dzieciom. Nie muszę drżec, że mój mąż wyszedł i może nie wróci, bo ktoś gdzieś po drodze go zastrzelił. Jestem wdzięczna, że mogę bezpiecznie mieszkac. Oczywiście nie sobie. Jestem wdzięczna Bogu, że w swej łaskawości nie daje mi więcej niż jestem w stanie dziś unieśc. Dzięki Ci Panie....

Kami

niedziela, 28 września 2014

niewiarygodne

Nie wiem, czy przytrafiają się Wam niewiarygodne sytuacje, bo mi się to dość często zdarza. Normalnie to nie rozpisuję się o tym, ale ta historia to jest poprostu hit!!!

Mam chude palce. Kto mnie zna ten wie. Pierścionek na zaręczyny to mój mąż z kolekcji komunijnej prawie musiał wybierać, bo rozmiaru mego nie było w zaręczynowych. Obrączki mojej to niektórzy na najmniejszy palec nie wcisną. Taka jestem oryginalna:) Ale co więcej....kiedy robi się zimno moje palce się kurczą i robią się jeszcze węższe, więc jak idę na basen to nie ma bata żebym zostawiła na palcu bo na bank się utopi. Ale nie o tym. Ostatnio jakoś zimno tu u nas było. Palce chude. Obrączka się suwa po nich jak po wysmarowanych olejem. No ale męża mam to obrączka musi być;] No i któregoś chłodnego dnia wybrałam się oto do supermarketu. W pośpiechu się wszystko działo, bo na spotkanie czas gonił, a kobieta jak zakupy szybko musi zrobić to nie dobrze. Za duży stres. Ale udało się. Po powrocie do domu spostrzegłam, że.....na palcu obrączki nie maaaaa!!!! Najpierw była rozpacz. Następnie smutek. Potem pogodzenie się z faktem, że zniknęła na zawsze:( Przypomniało mi się wtedy, że kiedyś już zgubiłam obrączkę. W czasie podróży poślubnej. W trawie. Wiecie jak to jest szukać obrączki w trawie? To jak szukać igły w stogu siana. Wtedy to dopiero mi było przykro. Prawie zrezygnowałam. Generalnie, ja Kamilka mam tak, że nawet jeśli godzę się z zaistniałą sytuacją, to ZAWSZE modlę się, bo ja nic nie mogę, ale mój wspaniały Pan Bóg może WSZYSTKO:) Więc pomodliłam się i wróciłam na łany trawy. No zgadniecie zapewne, że obrączka się znalazła, wdepnięta w ziemię:) Radość była wielka. Wracając jednak to obecnych wydarzeń. Pomodliłam się więc i tym razem. Raczej tłumacząc Panu Bogu, że będzie mi bardzo przykro, jeśli się nie znajdzie i czy mógłby wziąć to pod uwagę. Przeszukałam kilka miejsc, ale bez efektu:( No i tak życie toczyło się dalej. Następnego dnia rano, robiłam śniadanie, a chciałam żeby było pyszne i zdrowe, kroiłam więc owoce do owsianki. Jabłka, figi, banany, gruszki......i nagle moim oczom ukazało się to co możecie dostrzec na zdjęciu poniżej:


 
cenna gruszeczka

Moja obrączka zatopiona w mięciutkiej, pysznej gruszce !!!! Ehh....wiecie, ja już trochę z Panem Bogiem przeżyłam. Ale wiem, że nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać. Wszystkie najbardziej niewiarygodne historie związane są właśnie z Nim. Jest cudowny, niezwykły, potężny.....i mogłabym tak wypisywać tu tych przymiotników, ale po co. Każdy z nas ma swój obraz Boga. Ja wiem, że jest dobry. I droga z Nim jest czasem niezrozumiała, może skomplikowana. Ale nie wyobrażam sobie żyć bez Niego. Bez mojego Pana Boga.

Kami



środa, 30 lipca 2014

przemyślenia emigranta


Lubię podróżować. Kocham w zasadzie. Kilka lat pracowałem w turystyce, m.in. jako pilot wycieczek. Sporo pięknych miejsc widziałem, ale bynajmniej nie zaspokoiłem swojego głodu poznawania i odkrywania nowych- wręcz przeciwnie mój apetyt na podróże wzrósł. Podróże są fajne z wielu powodów. Jednym z nich jest to, że możesz sobie zdać sprawę, że ludzie gdzieś tam żyją zupełnie inaczej. Że coś co dla Ciebie jest normą, jest czymś do czego przywykłeś, z czym nauczyłeś się żyć, gdzieś tam nie funkcjonuje. Czasem są to subtelne różnice, czasem kolosalne kulturowe mury nie do przeskoczenia.
Czas tu w Niemczech traktuje po trochu jako podróż. Kolejne miejsce, w którym zatrzymam się, tym razem dłużej niż na parę dni czy tygodni. Jest to pierwsza długoterminowa podróż w moim życiu i jest o tyle inna, że wymaga ode mnie życia na co dzień z tymi ”innościami”. Niemiecka mentalność. Punktualność. Dokładność do bólu. Cisza (typu cisza nocna) w sobotę od 12 do 15. A moje polskie „ja” się buntuje. O ile na krótkoterminowych wyjazdach jesteś obserwatorem życia innych, o tyle przy dłuższych pobytach musisz nauczyć się z tymi innościami żyć. To wymaga pokory. I szacunku dla ludzi, którzy po prostu myślą inaczej. Zaiste nie łatwe to jest. Czasem sobie myślę- jak to? przecież ja to bym zrobił tak i tak… ale tu robi się to inaczej. Ostatnio w pracy robiąc coś, właśnie tak sobie pomyślałem- ja bym to zrobił inaczej, nie rozumiem.. dlaczego w ten sposób? Dlaczego od tej strony? No nic, trzeba się z tym pogodzić. Zaraz… a może by tak przy okazji nauczyć się też czegoś nowego.. Schować swoje „ja” w kieszeń i wziąć lekcje dla siebie? Tak jakby wziąć coś dla siebie z niemieckiej mentalności i stosować na co dzień… bo może warto?
Po kilku miesiącach obserwacji znajduję w tym narodzie naprawdę wiele fajnych cech. Dużo serdeczności: w sklepie, na ulicy, w parku.. Starsza pani, która mnie pierwsza ze szczerym uśmiechem przywita na ulicy, bo ja jakoś zamyślony po prostu przeszedłem obok nie zwróciłem na nią uwagi. Odnawiając elewację budynku niemal każdy kto szedł obok, przywitał mnie, zagadał, pochwalił, że pięknie jest.. Niemiecka dokładność i dbanie o otoczenie jak o własne podwórko, co sprawia, że świat dookoła Ciebie po prostu pięknie wygląda. Urzeka mnie prostota, minimalizm. To jak ludzie tu mają prosto a zarazem „ze smakiem” urządzone mieszkania. Polacy często się zadłużają, żeby w marmurach mieszkać, a tymczasem skromnie jest pięknie. Proste domy, porządek architektoniczny, dzięki któremu wszystko do siebie jakoś pasuje. Müller nie wybuduje chawiry z wieżyczkami czy pałacu jakiego tylko dlatego, że ma więcej kasy niż Schmidt. Bo taka chata ni jak pasuje do otoczenia. Tu to rozumieją. Również recykling (np. mebli) nabrał tu dla mnie nowego znaczenia. Ile rzeczy można zrobić z czegoś co pozornie nadaje się na śmietnik..
Myślę, że warto „czerpać” od innych. To uczy nas nowych rzeczy i rozciąga nas. Często jako Polacy zachwycamy się, że tu w tych Niemczech to tak ładnie jest, że jakoś tak czysto, że każdy dba nie tylko swój kąt ale o całe otoczenie.. co widać w każdym miasteczku, wiosce, wszędzie. Ale czy zdajemy sobie sprawę, że to piękno, którym się tak zachwycamy to m.in. owoc niemieckiej mentalności, której tak często nie lubimy lub po prostu nie rozumiemy?

Filip

wtorek, 22 lipca 2014

co tu robimy?



Na co dzień mieszkamy i pracujemy w Jesus Haus -Chrześcijańskim Centrum Herrnhut. Centrum zajmuje ogromny budynek oraz duży przepiękny ogród. Pracy więc jest sporo. Mieszczą się tu m.in. skrzydło z pokojami gościnnymi, pokoje modlitwy, sala gdzie odbywa się uwielbienie oraz tzw. Duża Sala gdzie co tydzień mamy nabożeństwa ale również czasem odbywają się wesela lub konferencje. Jesteśmy częścią staffu i wspieramy Jesus Haus na różne sposoby.  Ja zajmuję się szeroko pojętymi remontami oraz pracą w ogrodzie. Kamila ogarnia pranie gości hotelowych i gotuje raz w tygodniu dla naszej 13-osobowej grupy. Codziennie rano (Andacht) i wieczorem (Staunmal) są modlitwy i uwielbienie w których także uczestniczymy i za które jesteśmy częściowo odpowiedzialni. W tygodniu są również modlitwy o narody, m.in. o Polskę, Czechy i Niemcy. Mamy też grupy domowe (spotkania, na których modlimy się o siebie, rozmawiamy i dzielimy się swoimi przemyśleniami) i studium biblijne, na którym czytamy i rozważamy Słowo Boże. Raz na jakiś czas mamy także 24h uwielbienia, czyli czas w którym non stop płynie muzyka i modlitwa, a ludzie/ zespoły zmieniają się co godzinę lub dwie.
Przyjechaliśmy tu zainspirowani niezwykłą historią Herrnut. Ale przyjechaliśmy tu także wspierać/ dołączyć do wizji ludzi którzy tworzą Jesus Haus. Wizją tą jest Dom Modlitwy. Tak jak kiedyś w Herrnhut Bracia Morawscy modlili się i uwielbiali Pana Boga non stop przez 123 lata, tak teraz naszym pragnieniem jest robić to samo. Co to takiego dom modlitwy? To miejsce, w którym modlitwa i uwielbienie trwają 24 godziny na dobę. Na świecie było parę miejsc, gdzie niegdyś istniały domy modlitwy, m.in. w Irlandii (celtyckie czuwanie modlitewne w Bangor rozpoczeło się w VI wieku i trwało nieprzerwanie 300 lat), we Francji (VIII w., 150 lat), w Szkocji (Cambuslang XVIII w.). Ale również dziś w wielu miejscach na naszym globie funkcjonują domy modlitwy. M.in. Korea Południowa, Izrael, Indie, RPA, USA. Niektóre domy modlitwy funkcjonują w pełnym wymiarze, niektóre na razie częściowo. Dom modlitwy to duża rzecz. Duża wizja, która wymaga zaangażowania wielu ludzi i ich serc. Parę lat temu miałem okazję spędzić trochę czasu w Międzynarodowym Domu Modlitwy (International House of Prayer) w Kansas City (http://www.ihopkc.org/). Niezwykłe miejsce. Od kilkunastu lat modlitwa i uwielbienie trwają tam bez przerwy 24 godziny na dobę. Mnóstwo ludzi, którzy kochają Pana Boga i kochają spędzać z Nim czas. Każda doba podzielona jest na 12 dwugodzinnych setów, które zajmują rożne zespoły. Przy IHOP działa także Akademia Muzyczna, która kształci przyszłych muzyków. Uwielbienie jest także online więc warto zajrzeć na link, który zamieściłem powyżej. Warto też zajrzeć na katolicki portal gosc.pl i przeczytać bardzo ciekawy artykuł o IHOPie. http://gosc.pl/doc/1888988.24-7-36

Może zastanawiasz się: No dobra. Skąd idea tych domów modlitwy i po co to w ogóle? Zacznę od tego, że dla mnie cała Biblia to wielkie przesłanie wielkiej miłości Pana Boga do nas. Bóg uniżył się i przyszedł do człowieka. Jezus pokazał nam co to znaczy kochać naprawdę i oddał za nas swoje życie na krzyżu, żebyśmy mogli z Nim być na zawsze.  Chodzi o relacje. Pan Bóg chce mieć relacje ze swoimi dziećmi. Grzech oddzielił nas od Boga, ale Jezus na krzyżu zabrał całą naszą winę i znów możemy być blisko Niego. Wybór czy chcemy należy do nas. Bóg chce. Dał swojego Syna. To jasne.
W Biblii czytamy o Dawidzie, że to był „mąż według Bożego serca” (Dzieje Apostolskie 13, 22). Co takiego zrobił Dawid? W pierwszej Księdze Kronik 23 rozdział czytamy, że Dawid stworzył Dom Modlitwy w którym w pełnym wymiarze czasu służyło 4000 muzyków (chórzystów i instrumentalistów) i 288 śpiewaków (prawdziwi profesjonaliści- 1Krn 25,7). Sam Dawid pisał Psalmy, czyli pisał teksty piosenek. Skoro Dawid miał w sercu to co ma w sercu Pan Bóg, to oznacza, że idea Domów Modlitwy pochodzi z Bożego serca.
Wierzymy, że Herrnhut to miejsce, w którym Bóg powołuje Dom Modlitwy. Przede wszystkim dlatego tu jesteśmy.
Filip

prowadzę Uwielbienie na jednym z niedzielnych nabożeństw
dwa tygodnie żmudnego układania i gotowe:) Holz Feite, czyli tradycja układania drewna, pochodząca z Erzgebirge (Rudawy)

rozwalanie, burzenie, czyli to co lubię najbardziej..



panele..

odnawianie elewacji Jesus Haus

moja ulubiona zabawka..


Bardzo spodobało mi się zdanie wypowiedziane przez osobę którą sobie bardzo cenie, brzmi ono: „nie ma nic gorszego nic żyć z Bogiem i być w złym miejscu”. Mocne, prawdziwe i otrzeźwiające. Ja przekonuje się każdego dnia coraz bardziej, że miejsce w którym jestem jest tym, w którym powinnam być.  Nie jest jak w bajce, zmagamy się z codziennością jak każdy. Kupy, marudzenia, brak czasu na sen, sprzątanie, gotowanie, deszcz, itd… ale nigdy nie podejrzewałabym, że np. pranie i prasowanie będzie sprawiało mi tyle radości!! Albo, że gotowanie dla 13 osób będzie dla mnie niesamowitą przyjemnością. Na początku był kryzys, bo tęskniłam. Za rodziną, za znajomymi, za kościołem, za Zieloną Górą, za językiem. Ale chyba mam super moc, którą jest umiejętność przystosowywania się do nowych warunków;) bo jakoś polubiłam swój nowy dom. Dom, w którym mam przestrzeń do tego, by uczyć się nowych rzeczy, by nie być ocenianą i wytkniętą , jeśli robię to źle, nie udolnie lub po swojemu. Dom, w którym każdy położy rękę na moim ramieniu i pomodli się, gdy tego potrzebuję. Dom, w którym oddawanie szacunku, chwały i uwielbienia Bogu jest codziennością. Hmm…chyba brzmi trochę za idealnie;) Może. Jestem zatem w idealnym miejscu:]

W każdym razie, jednego jestem pewna, gdzie bym nie była „ moim szczęściem jest być blisko Boga, pokładam w Panu, Bogu nadzieję moją”. (Psalm 73, 28)

Kami

moje narzędzie pracy










wtorek, 20 maja 2014

urodzinowo


Czas, by przekroczyć 30 upłynął poprzedniego roku w kwietniu. Obecnie wiec  jestem atrakcyjną  31:)  Tak, przekroczyłam ten pierwszy próg prowadzący nieuchronnie do starości i pierwszych widocznych zmarszczek:) Ale, że wyglądam na 25 (tak mówi mój przecudny mąż - wierzę mu :)), to się jakoś tym nie martwię :P  Lecz do rzeczy.
W tym roku urodziny były wyjątkowe pod wieloma względami. Po pierwsze, nie były w domu, jak to zwykle bywało. Odbyły się tu w Herrnhut. Zjawiło się na nich ok 30 osób!!!  Z tyloma mniej więcej żyjemy na co dzień. Po drugie, przyjechali na tę okazję cudowni i ważni dla mnie ludzie i wraz z moim mężem wręczyli mi niezwykły prezent. GITARRRRĘ  BASOWĄ!!!! Ale wiecie, nie jakiś tam chłam tylko piękną, bordowa Yamahe z wypasionym wzmacniaczem, co bym mogła się słyszeć jak gram:] Wiecie, niby zwykły prezent, bo przecież dziś dzieci na urodziny dostają tablety, Play Stationy, aparaty, no cuda na patyku. Jednak dla mnie to coś więcej.  Dlaczego? Bo prezent był kosztowny, oznacza to, że jestem warta by wydać na mnie kupę kasy;) ale jest też niezwykle trafiony, bo BAS to najwspanialszy instrument na świecie i ja marzę, by nauczyć się na nim grać. No i się nauczę:)  A tak poza tym, to cudnie, że mogłam ten dzień, no jakby nie patrzeć trochę wyjątkowy, spędzić z przyjaciółmi:) ( S.  love U )
Kami

ja i mój wypasssss bassssss

piątek, 16 maja 2014

Herrnhut czyli „Miejsce, które strzeże Bóg”



Na początek trochę historii. Herrnhut stało się miejscem narodzin ruchu misyjnego Braci Morawskich znanych w świecie jako Kościół Morawski (Moravian Church). Miasto założono w 1722 roku, a dokładnie 17 lipca, kiedy to Christian David, morawski cieśla ściął pierwsze drzewo wykorzystane do jego budowy. Dziś, na pamiątkę tego wydarzenia, w miejscu, w którym rosło drzewo, stoi pomnik. Dość zabawne, bo to sam środek lasu.

Były to ziemie należące do hrabiego Mikołaja Ludwika von Zinzendorfa, zwanego „Ojcem misji”. Zinzendorf przyjął braci czeskich, którzy uciekli z Moraw w Czechach z powodu prześladowań religijnych prowadzonych w ramach kontrreformacji. Do Saksonii w tamtym czasie przybywały różne grupy wierzących, aby schronić się przed prześladowaniami. Ponieważ nie było wolności religijnej, protestanci musieli opuścić swój kraj, albo przejść na katolicyzm, albo po prostu się ukrywać. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi wyjechało z Czech z tego powodu. Herrnnhut stało się schronieniem dla kilku czeskich rodzin, należących do Jednoty Braterskiej (Unitas Fratrum), której korzenie sięgały przebudzenia duchowego z XV (związanego z czeskim reformatorem i bohaterem narodowym Janem Husem). Stworzyli oni tu na miejscu niewielką wspólnotę chrześcijańską, w którą zaangażowany był również hrabia  Zinzendorf. Jego wizją był Kościół składający z osób, które traktują swoje chrześcijaństwo jako powołanie w tym świecie i które żyją ściśle według zasad Pisma Świętego. 

Przełomowym dniem w historii Herrnhut i Kościoła był 13 sierpienia 1727 roku.  W czasie pamiątki Wieczerzy Pańskiej mieszkańcy doświadczyli wylania Ducha Świętego, podobnie jak pierwszy Kościół w Jerozolimie w dniu Zielonych Świąt. Mieszkańcy byli totalnie „powaleni” Bożą mocą. Moje osobiste doświadczenie Pana Boga, mówi mi, że już nic nie mogło pozostać takie samo.. kiedy „zderzasz się”  z Bożą miłością absolutnie wszystko się zmienia.  Mieszkańcy na skutek tego niezwykłego przeżycia postanowili się modlić.. bez przerwy. Powołali grupy modlitewne, które na zmiany modliły się przez 24 godziny na dobę przez 123 lata.

Wkrótce u tych ludzi zrodziło się wielkie pragnienie modlitwy o inne narody, które nie słyszały jeszcze Ewangelii Jezusa Chrystusa, bądź nigdy nie doświadczyły Pana Boga tak ”namacalnie” jak oni sami. W ciągu następnych lat wysłano 2000 misjonarzy na wszystkie kontynenty. Powstały liczne pieśni, wydano pierwszy protestancki śpiewnik, przewodniki do studiowania Biblii przetłumaczone na kilkadziesiąt języków i wykorzystywane przez różne kościoły protestanckie.
Herrnnhut stało się znane w świecie jako miejsce pierwszej protestanckiej wspólnoty chrześcijańskiej organizującej misje po całym świecie. Rozpoczęli ewangelizować pogan o 50 lat wcześniej niż pozostałe kościoły protestanckie.

Mieszkamy w budynku, który powstał w 1767 roku, jako dom handlowy i zakład włókienniczy. Założył go Abraham Dürninger- chrześcijanin ze Strassburga, który przyjechał tu 20 lat wcześniej, zaproszony przez hrabiego Zinzendorfa. Produkowano tu bawełnę, wyroby lniane i  wełniane. Tutejsze tkaniny były najwyższej jakości . Głównym założeniem/misją Dürningera było poprzez firmę służyć bliźnim a ponad wszystko służyć Królestwu Bożemu. Nie dziwi mnie więc, że Bóg pobłogosławił pracę jego rąk i w szczytowym okresie powstało 86 domów handlowych w Górnych Łużycach, eksportowano tkaniny do Hiszpanii, Portugalii, Francji, Włoch, Rosji,  a nawet do Ameryki Południowej, na Jamajkę i do Meksyku; firma zatrudniała 14 tysięcy pracowników i była nie tylko błogosławieństwem dla ludzi z okolicy, ale także dzięki niej z powodzeniem finansowano misje. Firma nadal istnieje w Herrnhut  jako Abraham Dürninger & Co.

Herrnhut to przeurocze miejsce. Choć może dla Ciebie do tej pory zupełnie nie znane,  jest z pewnością najbardziej znaną miejscowością w świecie z regionu Górnych Łużyc, a nawet Śląska, której mieszkańcy wpłynęli na historię wielu krajów. Paradoksalnie ja sam pierwszy raz usłyszałem o Herrnhut w Stanach. Przybyli tu nie tylko Przybyły ale przybywają tu także liczne wycieczki z całego świata, by poznawać historię, czerpać inspirację, odpoczywać, chłonąć niezwykłą atmosferę tego miejsca i podziwiać piękne okolice. 
Filip


Ja może powiem coś ze strony mniej historycznej:) Herrnhut jest PRZE-PIĘ-KNE!!!! Macie tak czasem, że jesteście w jakimś miejscu i czujecie taki pokój, odprężenie, błogość....? Tak, że wasze serce jest poruszone? To ja tak mam właśnie tu. Kiedy pierwszy raz tu przyjechaliśmy i weszłam do budynku, to pomyślałam sobie "Mogłabym tu zamieszkać choć na rok". No i jestem;) Ale chodzi o to, że się zakochałam od pierwszego wejrzenia. I nie miałam tak jeszcze nigdy. Wyobraźcie sobie cmentarz, na który chodzi się na spacer, bo jest tam tak uroczo i spokojnie. Wieże widokową, z której widać cudowne pola, łąki, domki....Place zabaw, koło których są zagrody z owcami i kozami:) Nadia to kocha:) Basen w środku lasu. Trawka, po której idziesz i masz całkowitą pewność, że nie przyklei Ci się do buta kupa, którą będziesz musiał milion godzin wydrapywać patykiem. Ludzi, których nie znasz, ale uśmiechają się do Ciebie i mówią Ci dzień dobry lub cześć. No i nasz Jesus Haus. Ehh....wzdycham, bo kocham ten dom z każdym zakamarkiem. Ale o domu i ludziach jeszcze będzie innym razem:)
Kami

Widok na Herrnhut i cmentarz Gottesacker (Boża Rola), na którym spoczywają m.in. bracia Morawscy
Nasza ulica August Bebel Strasse. Duży budynek to nasz Jesus Haus
Basenik w środku lasu
Zagroda z owcami przy placu zabaw